Squat – wandalizm czy subkultura

In Cooltura

Każdy chyba chciałby mieć na własność dom czy mieszkanie. Nie każdego jednak na nie stać, nie każdy może otrzymać kredyt z banku, a nawet jeśli to może mieć problemy ze spłacaniem. Co można zrobić w takim przypadku? Zająć pustą nieruchomość! Jeśli ktoś jednak myśli, że squat to synonim biedy, może się dużo pomylić.

 

11 listopada 2013, w Warszawie trwa właśnie Marsz Niepodległości. W pewnym momencie od tłumu oddziela się grupa kilkudziesięciu osób, kierująca się do nieczynnej od dłuższego czasu przychodni. Obrzucają ją kostką brukową i racami, starają się wyważyć drzwi. Osoby w środku bronią się, w końcu do akcji wkracza policja, oddzielająca chuliganów od posesji. Squat „Przychodnia” został uratowany.

 

Zdaje się, że wtedy Polskie media po raz pierwszy głośno zwróciły uwagę na squatting, choć w naszym kraju zaczęły się one pojawiać już w latach 90, i to praktycznie w każdym większym mieście. Ów styl przyszedł do nas z zachodu, gdzie istnieje od kilkudziesięciu lat. Nie tylko jako wyjście dla tych, którzy nie mają własnych czterech ścian. Często jest to świadomy wybór, jako anarchistyczny wyraz sprzeciwu wobec ustroju kapitalistycznego, same zaś budynki nie tylko pełnią funkcję mieszkalną – równie dobrze squat może być centrum kultury alternatywnej, a także miejscem pomocy prawnej!

 

Niczyje, czyli wspólne.

 

Na początku trzeba wyjaśnić, co kryje się za pojęciem squat. W każdym dużym mieście znajdzie się pustostan; mieszkanie, dom czy budynek. Jeśli tylko nadaje się do zamieszkania, nawet kosztem jej naprawy, można się spodziewać, że prędzej czy później ktoś je zajmie. Oczywiście mogą je zająć bezdomni, lecz równie dobrze mogą to być squatersi. Dbający o swoją „posesję”, choć ta do nich nie należy i są gotowi o to walczyć.

 

Hiszpański ruch Okupas

 

Muszę też zaznaczyć jedną rzecz. Takie osoby nazywa się „dzikimi lokatorami”, bo nielegalnie zajmują nieruchomości, które nie mają sprecyzowanego właściciela lub po prostu należą do miasta. Samo wchodzenie na taki teren może być nielegalne, a co dopiero zajmowanie go. Są jednak i inni dzicy lokatorzy, którzy zajmują należącą do kogoś posesję, utrudniając lub uniemożliwiając życie właścicielowi. Nie chce żebyście wzięli mnie za kogoś, kto pochwala łamanie prawa. Nie sposób mi jednak porównać kogoś, kto włamuje się do czyjegoś domu i nielegalnie w nim mieszka, z osobą która zamieszkuje niszczejącą kamienicę.

 

Squatersi starają się, aby zajmowana przez nich posesja była w jak najlepszym stanie. Nie tylko ją remontują (malują; pozbywają się gruzu, jeśli zalega), ale powodują, by ta jak najbardziej nadawała się do życia. Łącznie z zapewnieniem dostępu do wody, prądu i gazu, jeśli to rzecz jasna możliwe. Władze miejskie dosyć szybko zauważają ich obecność i starają się ich wyrzucić, tłumacząc to względami bezpieczeństwa lub łamaniem prawa. Niewiele z nich utrzymuje się dłużej niż kilka miesięcy, a te, którym się udaje (jak „Syrena”) stają się widocznym punktem w mieście.

 

Początek – hipisi, anarchia, alterglobalizm.

 

Za prapoczątek ruchu można uznać cywilów i żołnierzy po drugiej wojnie światowej, którzy zajmowali pustostany w zniszczonych miastach. Nie stała za tym żadna ideologia – często ich własne domy były zniszczone, a gdzieś musieli się podziać. Niech za przykład posłuży Warszawa, której mieszkańcy nie tylko zajmowali ocalałe budynki, ale też odbudowywali je własnymi siłami. Co prawda w czasie można uciec się jeszcze wcześniej, ale ruch powstał niewiele później.

 

Po 1968 na zachodzie pojawiło się mnóstwo młodych alterglobalistów, anarchistów, lewicowców i wszelakich przeciwników kapitalizmu i państwa. Oni to też zakładali (choć lepiej powinno brzmieć przejmowali) pierwsze squaty. Były nie tylko miejscami spotkań aktywistów, ale też pełniły rolę domów. Zbuntowani, którzy nie chcieli wspomagać „drapieżnego kapitalizmu”, w mieszkaniu na dziko upatrywali spełnienie przynajmniej częściowej wolności. Oczywiście władze nie zamierzały tolerować takiej samowoli, choć walka z nią nie wszędzie była tak zawzięta. Squatterzy najłatwiej mogli żyć w Holandii.

 

Holenderskie miasto Christiana

 

Później w ruchu pojawił się punk, a squatterzy coraz silniej zaczęli angażować się w kulturę alternatywną i działalność społeczną. Organizowane koncerty czy wernisaże, ale też i oddolne przedszkola. Angażowanie się w przeróżne akcje społeczne, między innymi w „Jedzenie zamiast bomb” (Food not bombs); działania na rzecz praw imigrantów, demonstrowanie przeciw wojnom… Osoby mieszkające w pustostanach co prawda nie płaciły czynszu, ale ciągle musiały liczyć się z władzami, które najchętniej by się ich pozbyły. Poza tym w nie każdym dało się doprowadzić wodę czy gaz. Za „wolność” płaci się niezbyt komfortowymi warunkami warunkami.

 

Po zakończeniu zimnej wojny squaty pojawiły się też w krajach Europy wschodniej. Władze wielu miast mniej lub bardziej pogodziły się z ich obecnością i zaakceptowały je jako miejsca kultury alternatywnej. Squaty na zachodzie często zmieniały się w mateczniki artystów, wiele z nich stało się wręcz atrakcjami turystycznymi. Ciągle jednak istnieją te, w których miejsce mogą znaleźć choćby nielegalni imigranci, ich mieszkańcy nie przestali zwracać uwagi na nierówności i problemy społeczne, przeciwstawiają się wojną i brutalnej ich zdaniem polityce władz. Także w naszym kraju.

 

Jak to wygląda na świecie?

 

Jak wyglądają squaty na świecie? W miastach Europy zachodniej dalej jest ich znacznie więcej, choć można powiedzieć, że najlepsze lata mają już za sobą. W Niemczech chyba zdołano osiągnąć największy sukces, gdyż wiele z nich zmieniły się w swego rodzaju tanie „bloki komunalne”. Dalej pełniące funkcje kulturalną, co wykorzystują lokalni artyści. Choć dalej istnieją też te „dzikie”. W Kopenhadze z kolei jest Christiania – nie tyle squat, co cała dzielnica, samozwańczo przemianowana w wolne miasto! W mediach głośno o niej w kontekście problemu narkomanii, ale mieszkańcom udało się legalnie wykupić ziemie!

 

Sporo nowych squatów pojawiło się po kryzysie gospodarczym, co dobitnie pokazuje Hiszpania. Do dziś jest tam najwyższe bezrobocie w całej strefie UE, najbardziej dotykające młodych. W Albaicin, czyli dzielnicy Granady, można natknąć się na niejeden z nich. W Barcelonie i poza nią mocno aktywny jest ruch „Okupas”, a burmistrz tego miasta, Ada Colau, sama kiedyś mieszkała w pustostanie. Jak duży wydaje się ten problem w skali kraju? W 2017 oceniono, że w squatach żyje więcej niż ćwierć miliona osób.

 

 

Sytuacja zmieniła się w znanej ze swej postępowości Holandii. Kilka lat temu wprowadzono tam nowe prawo dotyczące nielegalnie zajmowanych budynków. Z tego powodu zamknięto wiele z nich, liczba squatersów drastycznie się zmniejszyła, policja zachowuje się też ostrzej w stosunku do nich. Podobne działania podjęła Wielka Brytania. Najgorzej pod tym względem wygląda sytuacja w krajach byłego bloku wschodniego. Jest ich znacznie mniej, a w Rosji jest to wręcz niebezpieczne ze względu na milicje i grupy neonazistów.

 

Co ciekawe istnieją też squaty nacjonalistów – jest nim CasaPound Italia. Ruch ten odwołuje się jednak od rasizmu, a także sam prowadzi różne akcje społeczne. Na mapie Europy to jednak ciekawostka, gdyż sam „ruch” niemal wpisany jest w tradycje anarchistyczną. Zaskoczeniem może być fakt, że największy i najliczniejszy squat znajduje się w Caracas. Ponad dwa i pół tysiąca osób zamieszkuje opuszczony wieżowiec w stolicy Wenezueli, wdzięcznie nazywany Wieżą Dawida. Squaty są rozsiane po całym świecie, od dalekiej Azji po Stany Zjednoczone, najgłośniej o nich jednak w kontekście Europy.

 

Polska i squat.

 

W Polsce squattersi pojawili się po upadku PRL-u. I tu w dużej mierze prym wiedli anarchiści i przeciwnicy kapitalizmu. Sytuacja nigdy nie osiągnęła jednak zachodniego rozmiaru. Może wynika to z mniejszej liczby osób o takich poglądach. Pierwszy squat, o którym zaczęło być głośno, to Poznański “Rozbrat”. Zaczynał jako mieszkanie, szybko zaczął jednak pełnić funkcje kulturalne. Dalej istnieje, w tym roku będzie obchodził 24 urodziny.

 

Poznański squat Odzysk

 

Squat “Przychodnia”, którego zajścia z 11 listopada przytoczyłem na początku, jest chyba najsłynniejszym w naszym kraju. Błędem byłoby jednak wspominać o nim tylko z tego powodu. Tak naprawdę jest to miejsce kulturalne. Często odbywają się koncerty, na których rzecz jasna można usłyszeć punk, ale też i metal, rap czy industrial. Organizuje również spektakle teatralne, pokazy filmowe i rzeczowe wykłady i dyskusje. Przyjeżdżają do niego grać zespoły nie tylko z Polski, ale też z zagranicy.

 

Działalność społeczna? Jak najbardziej! Ostatnimi laty głośno jest o “dzikiej reprywatyzacji”, najczęściej w kontekście Warszawy. Mieszkańcy squatów potrafią stawać w obronie eksmitowanych. “Syrena”, inny squat ze stolicy, znany ze swego zaangażowania w obronę eksmitowanych, a także współpracy z Warszawskim Stowarzyszeniem lokatorów. Kamienica miała zostać zajęta po zamordowaniu znanej działaczki, Jolanty Brzeskiej. Zamieszkujący ją w niej mówią, że budynek sam padł ofiarą złodziejskiej reprywatyzacji, a władze miejskie starały się ich wykurzyć, między innymi odcinając wodę.

 

Nie będzie dużym przeinaczeniem powiedzenie, że squatersi jako jedni z pierwszych zaczęli mówić o tym problemie. Choć dla niektórych ironicznie może brzmieć współpraca takich osób z legalnymi właścicielami, to jednak nie powinno ona dziwić. Sami ciągle muszą się liczyć z tym, że ktoś każe im się wynieść. Skoro może się to dziać w przypadku zwykłych lokatorów, to kto by się za nimi wstawił? Squatersi swoimi działaniami zdołali sobie zyskać nie tylko wdzięczność ludzi, ale też mogą liczyć na pomoc z ich strony.

 

W tym budynku mieścił się squat ReAktor

 

W Krakowie wiadomo o dwóch takich miejscach. “ReAktor” mieścił się w starej, od lat niezamieszkałej kamienicy przy ulicy Limanowskiego. Squatersi własnymi siłami wyremontowali co tylko mogli. To miał być dopiero początek, gdyż zamierzali urządzić w nim miejsce kultury alternatywnej, na wzór “Przychodni”. Po kilku miesiącach policja i straż miejska została wysłana w celu ich eksmisji. Od tego zdarzenia minęło kilka lat, a kamienica dalej stoi zamknięta na cztery spusty.

 

Jeszcze ciekawiej sprawa wyglądała z “Gromadą” przy ulicy Worcella. Dla wszelkiej maści anarchistów i przeciwników kapitalizmu nie mogła istnieć lepsza lokalizacja do zasygnalizowania swego sprzeciwu. Niedaleko znajduje się Galeria Krakowska, naprzeciwko squatu zaś… Sejmik Województwa Małopolskiego. W tym przypadku służby porządkowe zadziałały znacznie szybciej i squatersi opuścili posesję. Budynek został wyburzony, na tą chwilę ciągle jest odgrodzony od otoczenia.

 

Czy squaty są potrzebne?

 

Kończąc chciałbym jeszcze raz zaznaczyć: squatersi nie są wandalami, dewastującymi czyjąś posesję. Przynajmniej nie w Polsce. To osoby zajmujące pustostany, które od lat niszczeją i nic się z nimi nie dzieje. Często angażują się w akcje społeczne, pomagające ubogim, prezentują kulturę alternatywną. To nie tylko bezdomni czy osoby zmuszone sytuacją życiową (choć są i tacy), lecz też osoby wykształcone, które same zdecydowały się tak mieszkać.

 

 

Oczywiście muszę powtórzyć, że łamią prawo. Nie niszczą jednak miejskiej własności, ani nie urządzają pijacko-narkotykowych orgii. Nie są agresywni i nie przyczyniają się do wzrostu przestępczości w okolicy. Squatów nie można nazywać fawelami czy slumsami. Ich ilość raczej nie osiągnie podobnego poziomu, co w zachodniej Europie. Nawet jeśli dla władz miejskich mogą być problemem, to raczej nie aż tak uciążliwym. Wzbraniam się przed napisaniem, że powinno się ich zostawiać w spokoju. Ale jeśli nie szkodzą współmieszkańcom, a wręcz przeciwnie, udzielają się społecznie…

 

Więc jak duże jest to zjawisko, lub też problem? Jeśli do tego doliczy się fawele, slumsy i biednych z całego świata, nie mających legalnie domu, liczby zatrważają. Tytuł książki Roberta Neuwirtha “Shadow Cities: A Billion Squatters, A New Urban World” chyba dobitnie przedstawia sytuacje.

Zapisz się do naszego Newslettera!

Chcesz dołączyć do #CoolturowejRewolucji? Bądź zawsze na bierząco z #PełnąCoolturą. Zaprenumeruj newsletter!

*na pewno nie dostaniesz od nas żadnego spamu :)

You may also read!

Michał Hrisulidis “Złożony”

Gdy za oknem taki śnieg, aż nie chce się wychodzić z domu. A szkoda, bo zima to świetny okres do odwiedzenia muzeum czy galerii. Między innymi możecie zapoznać się z wystawą "Złożony", której autorem jest Michał Hrisulidis. Wystawa do zobaczenia w Galerii Miejskiej we Wrocławiu. Smaczku dodaje fakt, że mija 30 lat od pierwszej wystawy pana Michała, która miała miejsce w tej galerii!

Read More...

Pudełko z guzikami Gwendy.

Stephen King pisze już kilkadziesiąt lat i nie zapowiada się na to, aby miał nagle przestać. To akurat dobra wiadomość, bo od niepamiętnych czasów jestem fanem jego pióra. Czy to kryminałów, dramatów czy rzecz jasna horrorów. Tylko jego “Mroczna wieża” mi się nie podoba. Za to “Pudełko z guzikami Gwendy” od razu pochłonąłem i powiem jedno - kawał dobrej literatury!

Read More...

Oakwood – horror z dinozaurami

Każdy fan “Jurassic Park” (i dinozaurów w ogóle) pewnie z miłą chęcią pograłby w jakąś dobrą grę z wielkimi gadami w roli tytułowej. Poczuć ten dreszczyk emocji, gdy ściga cię Tyrannosaurus Rex. Niestety, choć częściowo moda na nie wróciła, to wielcy wydawcy zdają się tego nie zauważać. “Oakwood” choć krótkie, stara się chronić honoru branży.

Read More...

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu