John Carpenter – Trylogia Apokalipsy

In Kinomania, Rozrywka

„Każdy gatunek potrafi wyczuć swój koniec…” –  Ten cytat najlepiej pasuje do nieoficjalnej trylogii filmów, którą wyreżyserował John Carpenter. Choć żaden z nich nie jest połączony ze sobą fabułą, to każdy porusza ten sam temat: zagrożenie, które może zakończyć się zagładą rasy ludzkiej.

 

John Carpenter to dla wielu reżyser kultowy, którego czas sławy przypada na lata 70 i 80. Kojarzony najczęściej z horrorami („Halloween”, „Christine”, „Wioska przeklętych”), mający w swoim dorobku również filmy science fiction, a także fantasy („Oni żyją”, „Wielka draka w chińskiej dzielnicy”, „Ucieczka z Los Angeles”). Ostatni jego film wyszedł w 2010 i nie zapowiada się na to, aby to się miało zmienić. Choć dla wielu jego dzieła mogą wyglądać na twórczość kina klasy B, to jednak Carpenter mocno zapisał się w historii kinematografii.

 

 

Choć praktycznie żaden z jego filmów nie był że sobą połączony, to da się jednak zauważyć pewne części wspólne. Często jego bohaterowie samotnie mierzą się z przeważającymi przeciwnościami, nieważne czy są one pod postacią kosmitów, demonów czy przestępców. Przewija się motyw zagrożonego świata: w takiej „Ucieczce z Nowego Jorku” ciągle trwa 3 wojna światowa, w “Wiosce przeklętych” mamy niebezpieczne dzieci. I w końcu istnieje zagrożenie z kosmosu.  Sam  Carpenter swoje trzy filmy określa jako „trylogię apokalipsy”. Która to można uznać za swego rodzaju hołd wobec twórczości Lovecrafta.

 

Od razu chce zaznaczyć, że artykuł zawiera treści zdradzające fabułę, więc jeśli ktoś nie oglądał tych filmów czyta to na własną odpowiedzialność.

 

Samotnik z Providence.

 

Howard Phillips Lovecraft to jeden z najsłynniejszych pisarzy horrorów, twórca tak zwanej mitologii Cthulhu. Opowiada ona o potężnych kosmicznych istotach, wręcz bóstwach, które kiedyś władały Ziemią i z czasem powrócą. Będzie to oznaczało koniec ludzkości, gdyż ich pojawienie się wywoła terror na niewyobrażalną skalę. Poza nimi w mitologii pełno jest innych obcych ras, mutantów, zaginionych miejsc i złowrogich kultów, dla których składanie krwawych ofiar jest czymś naturalnym. Wiele opowiadań dzieje się w USA, często przewija się fikcyjne miasto Arkham. Nie zawsze zło jest pokazane wprost, częściej to sam czytelnik musi je sobie wyobrazić.

 

Bohaterowie powieści mierzą się z nieznanym; z rzeczami wykraczającymi ponad stan ich pojmowania. Dla wielu kończy się to nie za dobrze – śmiercią lub zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym. Ci, którzy przeżyli, zdają sobie również sprawę z tego, że tylko odwlekają nieuniknione. Wielcy Przedwieczni prędzej czy później się obudzą, jedynie można opóźniać ten dzień. Koniec człowieka jest bliski. Mimo to mało kto chce ich słuchać, czy to z powodu niewiary, czy ze strachu, że jednak mogą mieć oni rację.

 

 

Wielu reżyserów starało się zekranizować opowiadania Lovecrafta lub przynajmniej opierało się na jego pracach, z różnym skutkiem. Często winą był mały budżet, często same wykonanie. Wiele z nich to czyste kino klasy B, balansujące na granicy kiczu i gore. Oczywiście i w filmach tego reżysera krew ściele się gęsto, nie każda też część z tej nieoficjalnej trylogii trzyma poziom. Tak naprawdę tylko jedna osiągnęła sukces, i to też nie od razu. Za to mało który reżyser tak często poruszał temat końca świat, i to zarazem odnosząc się do twórczości Lovecrafta. W zasadzie każdy z tych filmów w jakiś sposób to robi, nie tylko “W paszczy szaleństwa”. W jednym mamy do czynienia z zagrożeniem z kosmosu, które nie sposób opisać, drugie zaś pokazuje wielkie zło z zewnątrz, które czeka by się objawić w naszym świecie.

 

Coś.

 

„- Teraz pokaże wam coś, co sam wiem….”

 

Film z 1982 jest być może najlepszym w całym dorobku reżysera, na pewno jest tym najbardziej znanym. Nie sposób porównywać tego filmu z „Obcym” – w obu dziełach wrogiem jest kosmita, w obu ludzie nie mogą liczyć na pomoc z zewnątrz i nie są przygotowani na to, co ich spotka. Ciężko jednak powiedzieć, że ma się do czynienia z kopią, gdyż mowa w końcu o jednym z najlepszych horrorów SF, jakie kiedykolwiek powstały. Też w przeciwieństwie do poprzednika tu mamy do czynienia z ekipą specjalistów, którzy w pewnym momencie doskonale zdają sobie sprawę, z czym mają do czynienia.

 

Akcja dzieje się na Antarktydzie, w amerykańskiej bazie badawczej. Pewnego dnia jej załoga jest świadkiem czegoś dziwnego – Norwegowie z pobliskiej bazy usilnie próbują zabić psa. Amerykanie w celu uzyskania odpowiedzi udają się do ich placówki, która jest w ruinie, następnie trafiają na wrak statku kosmicznego, który spoczywa w lodowcu od niepamiętnych czasów. Okazuje się, że jego pasażer przeżył – jest to obca forma życia, która rozprzestrzenia się jak wirus. Wiernie imituje ona swe ofiary; atakuje wyłącznie w wypadku zagrożenia lub wtedy, gdy nikt nie jest tego świadom. Boi się ognia, da się ją wykryć jedynie przez test krwi. Załoga, zdana wyłącznie na siebie, musi nie tylko przeżyć, co też nie dopuścić do kosmicznej epidemii.

 

Tym, co najbardziej zwraca uwagę tego dzieła, są efekty specjalne. Monstrum z „Coś” to zlepek ciał ludzi i zwierząt z mackami i odnóżami. Wystarczy chwila, aby pojawiła się paszcza pełna ostrych zębów. Sam wygląd potwora to jedno, liczy się przede wszystkim klimat! Bohaterowie nie mogą ot tak uciec, gdyż na zewnątrz panują arktyczne mrozy i łatwo o śmierć z wychłodzenia. Nie sposób skontaktować się ze światem zewnętrznym. Nie mają wiele broni do walki z monstrum. I przede wszystkim ciągła niepewność o to, czy osoba obok nie jest zainfekowana. Nie wiadomo, czy to kosmita jest tak inteligentny, czy do końca ofiara nie zdaje sobie sprawy ze swego tragicznego losu. To wszystko powoduje, że nikt nie może sobie ufać – ale samotnie nie sposób przeżyć. Mróz, który jest barierą nie do przebycia dla obcego, oznacza jednocześnie śmierć dla ludzi. Dlatego chcąc nie chcąc muszą przebywać w przeklętej placówce badawczej.

 

 

W „Coś” zagrożeniem jest kosmita, który kieruje się podstawowymi instynktami: chęcią przetrwania i rozpłodu. Nie widać po nim inteligencji, ot pierwotna forma natury. Ale nie z tego świata, a więc groźna. Bohaterowie zdają sobie sprawę z tego, jakie ona stanowi niebezpieczeństwo. W jednej scenie jest symulacja komputerowa, która przedstawia fazy infekcji. Okazuje się, że jeśli istota dostanie się do cywilizowanych rejonów, w ciągu 4 lat wybije całą ludzkość. I pewnie nie tylko ją, gdyż dąży do przejęcia jak największej liczby organizmów.

 

John Carpenter w „Coś” przedstawił możliwą apokalipsę ze strony obcej formy życia, ale tej pierwotnej, bezmyślnej i nieosobowej. Żadna inwazja istot z marsa, statki szerokie na dziesiątki kilometrów i “Dzień niepodległości”. Tu kosmita to po prostu gatunek, który stoi na szczycie łańcuchu pokarmowego. Sama końcówka nie daje odpowiedzi na pytanie, czy zagrożenie minęło, gdyż nie wiadomo czy któryś z ocalałych nie został zainfekowany. Prędzej czy później ktoś przyleci zobaczyć, co się wydarzyło w tym miejscu. A to będzie mogło oznaczać koniec.

 

 

„- Myślicie, że to coś chce być zwierzęciem? Żaden pies nie przejdzie tysięcy mil przez ten mróz. Nie rozumiecie. To coś chce być nami! Jeżeli wydostanie się stąd komórka, to będzie mogło zimitować wszystko na Ziemi! I nikt tego nie powstrzyma!”

 

Książę ciemności.

 

„Nie będziecie uratowani przez Ducha Świętego. Nie uratuje was bóg Pluton. Nikt was nie uratuje!”

 

Najsłabszy film z „trylogii apokalipsy” i być może jeden z najgorszych w całym dorobku reżysera. Co nie znaczy, że jest to zupełnie dzieło do niczego. Carpenter robił to dzieło po kosztach, co widać po samych ujęciach kamery. Efektów specjalnych zbytnio się tu nie uświadczy, choć wygląd opętanych może robić wrażenie. Dialogi pozostawiają wiele do życzenia, gra aktorska również nie jest najwyższych lotów. Ciężko również zżyć się z którąkolwiek z postaci, a gdy te umierają widz niezbyt się przejmuje. A mimo wszystko przyjemnie mi się oglądało i dosyć pozytywnie to wspominam. Gdyż zamysł jest naprawdę ciekawy.

 

 

W jednym z kościołów w Los Angeles ksiądz odkrywa dziwną rzecz – pojemnik z zieloną substancją. Prosi o pomoc pewnego fizyka, który przybywa na miejsce wraz ze swoimi studentami. Ciecz okazuje się nie tylko żywa, ale także inteligentna. Jest to fizyczna postać Szatana, która szybko wydostaje się na zewnątrz i opętuje kilka osób. Bohaterowie nie mogą opuścić budynku, gdyż na zewnątrz zebrała się cała horda opętanych bezdomnych, gotowa zabić każdego, kto stanie im na drodze. Zaczyna się dziać coraz więcej zjawisk paranormalnych, a bohaterów dręczą dziwne sny.

 

Kolejny film o demonach? Nie do końca. Szatan okazuje się bowiem dzieckiem jeszcze gorszej istoty – antyboga, istoty przebywającej w pustce, którą można uznać za uosobienie antymaterii. Zanim został wygnany zapieczętował swego potomka (a może kawałek siebie?), by ten kiedyś go sprowadził i doprowadził do ostatecznego kolapsu. Jezus nie był wcale mesjaszem, lecz członkiem pozaziemskiej rasy, który przybył ostrzec ludzi przed zagrożeniem, ale został źle odczytany. Kościół znał prawdę i przez wieki pilnował, by ów koniec nie nastąpił. Okazuje też się, że sny bohaterów wcale nimi nie są – są to informacje wysyłane przez ludzi z przyszłości, dla których jest to jedyna możliwość kontaktu, ostrzegająca przed zagrożeniem z „dalekiego” roku 1999. Carpenter postanowił połączyć wiarę z nauką, a raczej obedrzeć religię z całej mistyczności, zostawiając miejsce tylko dla diabła. Bo to w końcu z nim mieli do czynienia bohaterowie, to oni, sami musieli zatrzymać koniec świata.

 

 

W filmie krótką rolę zagrał nawet Alice Cooper, dzieło nie zostało jednak dobrze przyjęte. Szkoda, gdyż połączenie religii z teoriami naukowymi zapowiadało się naprawdę ciekawie, podobnie jak uczynienie głównym winowajcą antymaterii. Może gdyby na tym bardziej się skupić, a nie na zombie, krwi i walce efekt byłby lepszy. Pewne rzeczy są też niejasne: jak Szatan może opętywać ludzi i się kontaktować z osobami z zewnątrz, skoro jest zamknięty w pojemniku? Dlaczego też tak ważna rzecz nie jest trzymana w Watykanie, tylko w jakimś prowincjonalnym kościółku w USA?

 

 

Tak naprawdę w przypadku zagrożenia z „Księcia ciemności” ciężko powiedzieć, czy ma się do czynienia z osobową, a nawet żywą siłą. Niby istnieje antybóg i szatan, ale obydwoje są tworami antymaterii. Okazuje się więc, że wrogiem jest sama rzeczywistość, a raczej jej przeciwieństwo. Przy okazji ludzie są nie mniej winni: ukrywanie prawdy czy chęć naukowych odkryć może być tak samo destrukcyjna, niektórzy sami wręcz w tym pomagają. Przestrzega więc też za badaniami naukowymi, które dążą do celu za wszelką cenę, nie licząc się z obawami innych. Trudno powiedzieć, czy pod koniec udało się wygrać. Główny bohater dalej „śni”, a antybóg na pewno będzie dążył do przedostania się do materialnego świata. Carpenter stworzył pomost pomiędzy “Coś” i następnym filmem, w którym już nie było miejsca dla nauki.

 

„- Czemu nie powiedziano nam prawdy?
– Bez technologii która to potwierdzi byłaby to tylko kolejna legenda”.

 

W paszczy szaleństwa.

 

„- Twoje książki nie są prawdziwe!

– Ale sprzedały się w nakładzie miliarda kopii. Zostały przetłumaczone na 18 języków. Więcej osób wierzy w moje dzieło niż w Biblie.”

 

Do trzech razy sztuka! W dwóch poprzednich filmach koniec najpewniej został przełożony, dlatego Carpenter postanowił z wielkim hukiem zakończyć swoją „trylogie apokalipsy”. I powstał film, który jak dla mnie najbardziej oddaje dzieła Lovecrafta, wręcz nim bije. Efekty specjalne do dziś mogą robić wrażenie, widz ciągle nie wie, czego się spodziewać, aktorstwo stoi zaś na najwyższym poziomie. Choć film nie osiągnął takiej sławy ani statusu kultowego, to do dziś może robić wrażenie zarówno pomysłowością, jak i wykonaniem.

 

Sam Neill wciela się w agenta ubezpieczeniowego Trenta, który musi odnaleźć znanego pisarza Suttera Cane’a. Cane wzorowany jest na Stephenie Kingu (w filmie pada zdanie, że to Cane jest teraz na topie) i samym Lovecrafcie, gdyż jego dzieła najbliższe są „samotnikowi z Providence”. Pisarz „zaginął” na czas akcji promocyjnej swojej książki, a wskazówki znajdują się w jego dziełach. W tle odbywa się zaś szaleństwo: ludzie dosłownie wariują na punkcie książek, dochodzi również do morderstw.

 

 

Trent trafia do miasta Hobbs End, które nie okazuje się tylko pisarskim wymysłem. Jest świadkiem coraz bardziej niesamowitych rzeczy, których nie chce uznać za prawdę. W końcu spotyka się z samym Cane’m, który stara się go przekonać o prawdziwości tego wszystkiego. Pisarz okazuje się sługą potężniejszych sił, które wykorzystały go do przedostania się do naszej rzeczywistości. Ludzie czytając i wierząc w to dają im siłę na otworzenie bramy. W ostatnich chwilach daje Trent’owi scenariusz, by dokończył dzieła. Ten z trudem wydostaje się z miasta i postanawia wrócić do cywilizacji.

 

Po czasie pisarz (lub coś, co przybiera jego wygląd) kontaktuje się z nim i informuje go, że jest już bogiem, którymi myślami kreuje rzeczywistość. Bohater z trudem w to wierzy, ale jeszcze trudniej idzie mu uwierzyć, że książka (o takim samym tytule jak film) nie tylko została wydana, ale także szykuje się adaptacja. W końcu ląduje w zakładzie psychiatrycznym, gdzie jest świadkiem coraz większej hekatomby. I ciągle stara się przekonać, że to Sutter Cane odpowiada za to wszystko, zamknięty w otoczeniu szaleńców. Cały film to opowieść dla jednego z psychologów, który powoli zaczyna wierzyć w słowa Trenta. Jest już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić.

 

 

Główny bohater popada w coraz większe szaleństwo. Tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy to wszystko nie dzieje się tylko w głowie bohatera, który popada w coraz większe szaleństwo. Pod tym względem nie różni się od bohaterów Lovecrafta, których też często to dotykało i kończyli tak jak on. Zagrożenia pochodzą z innego wymiaru i ludzie nie są w stanie się z nimi mierzyć w żaden sposób. Ich emanacje są ewidentne, tylko nikt nie chce o nich słuchać. Któż w końcu by uwierzył, że bogiem jest podrzędny pisarz horrorów?Idąc za wizją reżysera ostatecznie dochodzi do apokalipsy, która zresztą była nieunikniona. W przeciwieństwie do poprzednich filmów nie sposób było walczyć z czymś, co kontroluje całą rzeczywistość.

 

Pod sam koniec główny bohater idzie do kina na film, który reżyseruje sam Carpenter! Ogląda adaptacje, która okazuje się jego własnym życiem i śmieje się, tracąc ostatecznie zmysły. Cywilizacja już nie istnieje, świat pełen jest szaleńców i nielicznych tych, którzy muszą się ukrywać. Coś, co można nazwać bóstwami zewnętrznymi wykorzystało samą ludzkość i popkulturę, by dojść do swoich mrocznych celów. I o ile z obcymi formami życia czy tworami spoza rzeczywistości można się mierzyć, to jak walczyć z czymś, co siedzi w nas samych, co nas pociąga. Można też zaryzykować stwierdzenie, że Carpenter postanowił tym filmem złożyć hołd samemu sobie. Reżyser musiał wiedzieć, że najlepsze lata ma już za sobą i raczej nie nakręci już swoje opus magnum. Stąd pod koniec łamanie 4 ściany.

 

 

„Każdy gatunek potrafi wyczuć swój koniec. Ostatni, którzy przeżyją, nie będą mieli łatwo. Za dziesięć lat, może mniej, ludzka rasa będzie tylko mitem, albo bajką do łóżka, niczym więcej.”

 

Koniec?

 

To nie jest ostatni film tego reżysera, w którym rasa ludzka była zagrożona. „Duchy Marsa” z 2001 opowiadały o duchach z tej planety, które opętywały kolonistów (wiem jak to brzmi). Jednak po „W paszczy szaleństwa” poziom ewidentnie spadł. Oczywiście Carpenter nie jest jedynym twórcą, którego filmy opowiadały o apokalipsie,  jednak jako jeden z nielicznych poruszał różne jej odmiany. Często zostawia też otwarte zakończenie sugerując, że przed nami najgorsze. Można się zastanawiać, czy to jakaś forma czarnowidztwa, nie sposób jednak mu odmówić kunsztu artystycznego.

You may also read!

Gadu Gadu, czyli komunikator w erze messengera.

Wiele osób od dawna wieszczy mu koniec. Miał przeminąć w czasie, gdy rządzi Facebook, Snapchat i Twitter. Mimo to Gadu Gadu, znane też jako GG, trwa dalej, powracając co jakiś czas jak temat bumerang. Czy uśmiechnięte słońce dalej ma szansę?

Read More...

Wielkanoc 2019

Wielkanoc trwa w najlepsze. Z tego powodu Z tego powodu załoga portalu Coolturowo.pl życzy wam wszystkim wszystkiego najlepszego.   Tegoroczne święta

Read More...

Panika! Wariat na horyzoncie…

Raport Panika - Arti Grabowski Teatr KTO, scena klasyczna AST w Krakowie 5 kwietnia 2019r. godz. 19.00 Poeci i wariaci mają tę

Read More...

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu